Shop Mobile More Submit  Join Login
About Traditional Art / Hobbyist Member Setsuna Aizen - JeagerjaquesFemale/Poland Recent Activity
Deviant for 3 Years
Needs Premium Membership
Statistics 23 Deviations 111 Comments 1,885 Pageviews

Newest Deviations

Favourites

Activity


Idąc korytarzem nuciłam pod nosem piosenkę której nawet nie znałam. Od jakiegoś czasu w głowie grała mi melodia jednej z ulubionych piosenek Kyandi. Ciągle coś u niej rozbrzmiewało na gramofonie a nawet przez drzwi było słychać za głośną muzykę. Rzadko puszczała coś znośnego, ale ta piosenka była całkiem miła dla ucha.

Korytarze zamku jak zawsze były pełne. Dochodziło południe i uczniowie mieli przerwę w zajęciach , więc tłumy nacierały na mnie z każdej strony.  Dzięki bogom, zamek był przestronny, nigdy nie było tu ciasnawo. Przechodziłam właśnie obok portretów założycieli. Tyle znanych twarzy, tylko Izzy jeszcze się nie dochrapała obrazka na ceglanej ścianie, pomalowanej na biało (oho, można by ją odmalować). Naprzeciwko wisiały repliki broni używanych w wojnach, a zwłaszcza 40 lat temu w wojnie zjednoczenia. Tradycyjnie, były odkurzone z kurzu i wypolerowane.  By wpuścić do zamku życie, Izabelle ozdobiła dodatkowo ściany winoroślami i licznymi pnączami dla urozmaicenia wystroju. Niesamowicie komponowały się z bronią i portretami . Może i ciocia była często zimna i nie rozumiała, że czuje się tu jak w klatce, ale przynajmniej jak przystało na maga ziemi miała wyśmienity gust i smak. Nie znała znaczenia słowa nadmiar i bezguście. Za cokolwiek się zabierała, kończyło się przepięknym rezultatem.

Gdy człowiek mieszka tu całe życie, architektura i wyposażenie nie robi na nim wrażenia. Jednak, każdy nowy uczeń czy podopieczny instytutu jest zachwycony nowym domem.  Wszystkie wieżowce, szklane domy i zakichane biurowce na wyspie Zunar  mogą się schować. Nasz ośrodek był dziełem architektury. Ogromny zamek z czerwonej cegły, wyposażony w mocarne mury obronne, siedem wież (po jednej na każda wyspę Sentopii) widokowych i mieszkalnych (w tym moja najwyższa, tak chwale się), astronomiczny punkt widokowy, kamienne gargulce, jako strażnicy Lilo, na gzymsach i kwiecisty dziedziniec, na którym zawsze przed południem piliśmy herbatę, tak jak dziś. Nasze ziemie zajmowałw hektary ziemi na Lilo. To nie było tylko jedno wzgórze, o nie. Sięgaliśy od bram wjazdowych aż po port południowy. Mówiłam przecież, tylko tym możemy się na wyspie pochwalić. Co prawda, na północy  są wioski i port rybacki, ale nie podlegał instytutowi, tylko Cioci Izabelle jako patronce wyspy.

Lilo należała do mojej rodziny, Mayi’ów od niezliczonych stuleci. Nasz świat był stary tak samo jak mój ród, który jako pierwszy osiedlił się na terenach centralnej Sentopii. Pilnujemy się by nie utracić władzy, jednak mi nie zależy. Dlaczego wielka dziedziczka , i do tego jedyna, nie jest zainteresowana takim ładnym, zalesionym terenem pełnym wspaniałych magicznych okazów? Bo to miejsce jest moim więzieniem. Nigdy nie czułam się tu jak w domu, to wszystko. Nie usiedli mnie tu nikt, obiecałam to sobie dawno temu, pewnego dnia ucieknę.

Czcze gadanie, wiem.

Skręciłam kilka razy wymijając szalejących uczniów, który korzystali z przerwy, jak zawsze i po dłuższym spacerku znalazłam się przed drzwiami gabinetu mojego dziadka. Nim zdążyłam zapukać, czy mogę wejść, nagle małe płomyczki przeleciały mi przed nosem. Ledwo uskoczyłam. Kyandi, pomyślałam, w końcu trzeba się odegrać za rum.  Spojrzałam w bok i zobaczyłam małego białego smoka siedzącego na winorośli na wysokości moich kolan. Liczył z kilka cali i miał turkusowe oczy. na jego plecach był znak : wypalona litera P.

Podeszłam do niej te dwa kroki i ukucnęłam przy nim. Przejechałam palcem po jego główce tylko po to by chwile potem docisnąć palec by zmiażdżyć mu ten wybielony łepek.

- Tylko ciebie mi brakowało dzisiaj, gadzino! – powiedziałam uniesionym tonem. – Ty i twoja śliska siostra jesteście ostatnim towarzystwem na jakie chce się dziś natknąć, Daniel.

Smok zionął ogniem a kilka płomyczków zahaczyło o kołnierz mojej koszuli. Szybko jednak ugasiłam je i w zemście złapałam gada za ogon. Wstałam z kucek i uniosłam go tak, że jego zęby stykały się z moim nosem. To był błąd. Dziabnął mnie gdy tylko miał okazje. Złapałam się w miejscu dziabnięcia i krzyknęłam :

- Po kiego za mną łazisz Pertova?! Nie masz nic lepszego do roboty, Daniel?!

Odrzuciłam smoczka przed siebie. Nim wylądował na kamiennej posadzce, otoczył go biały wir, który sięgał po sam sufit. W ułamku sekundy wyłoniła się z wiru ręka. Wir zniknął, jakby się rozkruszył. W miejscu gdzie przed chwilą był mały smok stał wysoki, dobrze zbudowany mężczyzna o białych długich włosach, tylko czarna grzywa, jak u konia (przynam ogier z niego niezły) się wyróżniała.  Od tylu zawsze myliłam go z Alzack’iem, zwłaszcza w złym świetle i biorąc pod uwagę fakt, że tu prawie każdy nosi ten sam strój.  Jednak daleko było tej osobie do Alzacka. Mężczyzna odwrócił się i ujrzawszy jego twarz skrzywiłam się odruchowo. Nie dlatego, że był brzydki, czy coś. Był przystojnym wręcz morderczo pociągającym mężczyzną. Jednak jego wnętrze przypominało zgniłe lata temu owoce, a zapach jaki często wydzielał mógł być dowodem, ze coś tam skisło w środku.
Daniel Pertova, inaczej biały smok, był rodzonym bratem Evangeliny czyli wężowej panny, bądź jak kto woli, Ege. Jego siostra była, podobno, nową ukochaną mojego brata. Skręcało mnie na samą myśl, że mogę  być z nimi w jakikolwiek sposób powiązana.

Daniel odchylił z oczu czarny kosmyk i założył go za ucho. Jego turkusowe oczy lśniły jak ocean w słońcu i może i bym w nich utonęła, gdyby nie fakt, że go nie znosiłam. Chłopak poprawił koszulę, rozpiął dwa guziki i podszedł do mnie.

- Po kiego? – odrzekł – Po tego, że mam do ciebie sprawę z zyskiem dla nas obojga.

Wyjął z kieszeni czarną wstążkę i związał nią swe śnieżnobiałe włosy. Cały czas podchodził do mnie. Na jego krok w moją stronę a ja robiłam dwa w tył. Pech, jak zwykle, chciał by skończyła mi się przestrzeń do wycofywania. Zahaczyłam o ściankę (cztery kroki w prawo i dalej bym mogła uciekać przed gadem) na skrzyżowaniu korytarzy. Daniel zbliżył się i przyparł mnie do ściany. Jedną dłoń trzymał na ścianie za to drugą bawił się moimi włosami. Płynnym ruchem, jednocześnie odepchnęłam jego dłoń od moich włosów i uderzyłam go w twarz. Jakże piękne i dźwięczne  uderzenie to było. Przechodzący obok młodziki mogliby nas wziąć za skłóconą parę, jednak byliśmy za bardzo znani z nienawiści do siebie nawzajem.

- Masz niezłą łapkę, Aurelio. – powiedział trzymając się za policzek w miejscu gdzie go uderzyłam.

- Szkoda, że nie znasz siły moich nóg. – dumna z siebie odrzekłam delikatnym stonowanym głosem. - Zaprezentować, czy odejdziesz zanim pokaże ci jak się śpiewa sopranem?

- Wole zostać i sprawić, że Mi ulegniesz i na kolanach zrobisz co ci każe. – Daniel chwycił mnie w talii i przyciągnął.

- Wole nie, jeszcze sobie pazurki pobrudzę – powiedziałam po czym próbując się wyrwać uderzyłam go z główki. Jednak zatrzymał moją głowę silną dłonią i powiedział :  

- Za-czekaj, aż powiem co i jak. Wtedy będziesz mogła się wypowiedzieć, może i nawet siłą. – uśmiechnął się i pogładził mnie dłonią po pośladku. Próbowałam się wyrwać, ale przeniósł rękę z głowy na moją talię i przyciągnął mnie do siebie. Przesunął ją na ramię  i szepnął– Nawet lubię takie dzikie… - Wziął głęboki wdech i rzekł głośniej. – Ale nie znoszę przemądrzałych smarkul w za krótkiej spódniczce – odepchnął mnie i podparł siłą do ściany – wcale nie jesteś powalająca czy piękna, Aura.

Czemu skoro mam moc nad mocami nie zmieniłam go w coś cichszego i milszego, jak szczur czy dżdżownica? Czasem nie ma ze mnie żadnego pożytku.

Uspokoiłam się i przestałam wierzgać. Już wolałam by powiedział co ma powiedzieć, niż bym potem miała mieć siniaki na rękach. Daniel miał bardzo mocny uścisk zaczynało mnie to boleć. Spojrzałam na niego z pożałowaniem i powiedziałam :

- Mów co masz powiedzieć, mam coś do załatwienia i zero czasu na takie zera jak ty.

- Jesteś urocza  - zakpił. – A teraz do rzeczy. Twój brat ma się Od… ooo… - przełknął nerwowo ślinę – Odczepić. Nie chce go widzieć przy niej. Nigdy.

- Jak głęboko to siedzi w twojej psychice, Danuś? – Moja kolei by zakpić z niego. – Wiesz, trzeba być cierpliwym, może kiedyś i ona wykona co chcesz na kolanach.

Niepotrzebnie się z niego nabijałam. Ścisnął mnie tak mocno, że poczułam jak płynie mi krew w żyłach. Chyba nawet słyszałam dźwięk kruszonej kości, ale tak źle być nie mogło.

- To troszkę boli, daruj mi i mnie zostaw, kazirodczy gadzie – warknęłam. Grzecznie tego się nie załatwić, pomyślałam.

- Zawsze może być gorzej, pamiętaj o tym – powiedział zbliżając się. – Gdybyś była ładniejsza może byś skończyła w mojej sypialni.

- Bo zwymiotuje jagodzianki ze śniadania…

- Jednak mam do ciebie wstręt od dnia w którym się tu pojawiłem z Evangeliną.

- Było zmienić szkołę – rzekłam pokazując mu język. Nie wiem czy czułam ból , gdy on składał mnie na pół, ale na pewno dobrze się bawiłam przekomarzając się z nim.

- Było zostać we wsi, chłopko. – odrzekł.

Chyba też dobrze się bawił. Ścisnął mnie mocnej, jakby to miało coś dać. Wiedział, że ogniem mnie nie postraszy i daleko mu do wygranej ze mną , gdy włada się żywiołem, który jest dla mnie niczym bratnia dusza.  A może to dlatego, że moja najlepsza przyjaciółka była władającą i od małego igrałam z ogniem.

Czas mi zaczął uciekać i miałam już dość jego palców na mojej skórze. Zamknęłam oczy i chwyciłam za rękaw koszuli. Wpadł mi do głowy ciekawy pomysł. Zacisnęłam koszulę w pięści i pociągnęłam za materiał raz… drugi raz… trzeci… Już! Przez moje ciało przepłynęła wiązka energii proso do dłoni w  której trzymałam rękaw. Skupiłam się i rozluźniłam dłoń. Prawy rękaw wysłużył się powoli. Materiał jakby samodzielnie się zszywał, scalał się w jedno i zwijał w biały, jedwabny sznur. Gdy zahaczył o podłogę zacisnęłam znowu pięść i jak tylko mogłam uniosłam rękę. Sznur owinął się wokół szyi daniela. Pociągnęłam rękaw w moją stronę i zacisnęłam uwięź na jego szyi. Chłopak puścił mnie i złapał się sznura. Próbował się wyrwać, jednak nie dał rady. Poluzowałam więź na tyle by się nie udusił.

- Ty pusta wieśniaczko ! – warknął. – Jak śmiesz !?

- Normalnie – rzekłam bez uczuć – policzyłam do trzech i zrobiłam z rękawa sznureczek, nic trudnego, na pierwszym roku robiłam trudniejsze rzeczy.

- Zapłacisz mi za …

Nie dokończył, bo pociągnęłam rękaw. Oparłam się o ścianę i przewróciłam oczami. Patrząc w sufit zaczęłam monolog :

- A więc, chcesz bym trzymała mojego starszego braciszka z dala od twojej jadowitej siostruni, tak? Wiem, że zazdrość cię zżera, ale mam to gdzieś. – zobaczyłam, że sinieje więc znowu poluźniłam uwięź. – Jeden dźwięk a na twojej twarzy pojawią się dotąd nie spotykane odcienie fioletu. – rzucił mi gromiące spojrzenie a ja podeszłam i powiedziałam – Mało mnie obchodzi, co on robi, z kim się zadaje, kogo całuje. My wieśniaki z portu mamy na tyle godności by chociaż uszanować czyjąś prywatność. Weź ze mnie przykład i uszanuj, że twoja Ege i mój Eugene mogą … czymś tam być. Tak, boli mnie to, że wybrał ja, ale nic z tym nie zrobię, jego wybór, nie moje zmartwienie… póki co… Ten związek i tak nie miałby przyszłości więc poczekaj chwilę i może twoja ukochana zmieni zdanie. Dziękuje za wysłuchanie.

Gdy pstryknęłam sznur zsunął się z szyi Daniela. Skurczył się i rozplątał zmieniając się na powrót w rękaw. Potrząsnęłam dłonią i podwinęłam biały materiał do łokci. Wzięłam głęboki wdech i uśmiechnęłam się od tak. Danielowi pokazałam język na dowidzenia i chciałam odejść ale złapał mnie znowu.

- Co znowu ? – warknęłam.

- Moja siostra ma zagwarantowaną przyszłość na Zunarze.

- Myślałam, że w dziczy.

- Zamknij się ! – krzyknął. Jego oczy płonęły i nienawiścią i żywym ogniem. przez chwile nawet zdawało mi się, że widziałam smocze kły i ten jaszczurczy język. – Nie masz prawa bluźnić na moją rodzinę, rozpieszczona smarkulo!

- Nie boli cię gardło ? – zapytałam w żartach. – Najpierw duszenie teraz sobie krzyczysz, a ja i tak się ciebie nie boję, smoczku.

Jego czarny kosmyk znowu opadł mu na oczy. Wyglądał jakby wszelkie siły witalne go opuściły. Ciężko oddychał i znowu przyparł mnie do ściany.

- Jeden numer tego cwaniaczka – powiedział na skraju wytrzymałości. Dla efektu, chyba, obniżył ton. – Jeśli coś jej się stanie, dorwę go, a potem ciebie. Zrozumiałaś?

- Krystalicznie – rzekłam cichutko. – Zrozumiałam i przyjęłam do informacji, że zazdrość cię zżera – widziałam jak zaciska pięść więc się pohamowałam. – Nie-bój-się. Nic-się-sucz-ce-nie-sta-nie. – przysunęłam się do niego i dokończyłam – Ale jednak jego łza, jedna przykra mina a rozszarpie waszą dwójkę. To moja obietnica. A ja obietnic dotrzymuje.

Dzieliło nas kilka centymetrów, może nawet milimetrów. Na nieszczęście właśnie otworzyły się drzwi do gabinetu mojego dziadka. Staruszek spojrzał na mnie tymi swoimi paciorkowatymi oczkami ze zdziwieniem.  

- Coś się stało ? – zapytał. Jego głęboki głos przeszył moje ciało i aż zadrżałam.

- Skąd, dziadku – odpowiedziałam na pytanie. – Smoczy Pan, już odchodził, nie? – zwróciłam się w stronę Daniela.

Wypuścił powietrze i rzekł :

- Naturalnie, Tworzycielko – ukłonił się i odszedł.

Dziadek zaczekał, aż odejdzie dość daleko by zapytać mnie o to, co właśnie się stało. Odpowiedziałam, że nic się nie stało i tylko rozmawialiśmy, jedna mi nie uwierzył. Nie przejął się tym jednak, wiedział, że jestem na tyle dojrzała by nie wpakować się w niepotrzebne tarapaty pod nieobecność cioci Izabelle. Gestem dłoni zaprosił mnie do gabinetu.
1.
Kilkanaście zachodów słońca wcześniej.

Z wieży zamku wszystko wygląda inaczej. Tu nic mnie nie dopadnie, wszystko jest takie małostkowe. Siedziałam w swoim pokoju i liczyłam, że ominą mnie obowiązki. Dziadek zarządził, iż to ja muszę jechać do stolicy Zunaru – Karnevalu – by zdobyć rzadki artefakt.   Nawet nie wiedziałam, co to jest, ale musiałam to zdobyć na przedwczoraj! Mój dziadek często używał ludzkiej gwary, nie znosiłam tego, lecz nie byłam zdziwiona jej nadużywaniem przez niego. W końcu spędzał całe dnie na obserwowaniu ich, co bardziej przypominało pilnowanie.

Siedząc na kanapie przy oknie czytałam „Orhidia i jej najlepszy okres”. Najnowsze dzieło mojego ojca. Byłam jego najwierniejszą fanką i nie mogłam sobie darować lektury. Pisał prostym i przyjemnym językiem. Czytałam właśnie fragment o florze wyspy. Nie zawiodłam się, dokładny opis każdego kwiatka, krzaka i najmniejszego drzewa. Mój ojciec miał talent, był najlepszym kronikarzem w tym stuleciu.  

To idealna praca dla mnie, jeździć po świecie i poznawać na nowo nasz świat.

Usłyszałam krzyki dobiegające z dziedzińca. Wyjrzałam i ujrzałam bawiące się iskierkami dzieci. Wśród nich była Lena, najmłodszy mag w ośrodku. Uśmiechnęłam się do nich, choć wiedziałam, że mnie nie widzą, nie z tej wysokości. Mieszkałam w najwyższej wieży w zamku. Miałam stąd najlepszy widok jak młodzi, dopiero się szkolący mieszkańcy, „dworu na wzgórzu” cieszyli się ciepłym porankiem. Niedawno zaczął się letni okres, więc powietrze było ciężkie a słonce prażyło niemiłosiernie. Musiałam ciągle związywać moje kruczoczarne, półdługie włosy, były gęste i przez nie było mi gorąco. Dzięki Bogom, mundur maga był odpowiedni na każdy klimat. Siedziałam teraz w białej koszuli z naszytym znakiem instytutu Magicznych Sił Specjalnych (MSS),  skąpej spódnicy i chodakach na obcasie. Mimo to byłam cała spocona i oddałabym wszystko za deszcz, albo działający prysznic, jednak ostatnio moja sąsiadka ofiarowała nam kilka dni bez wody. Na szczęście skrzydło mieszkalne dziewcząt jest zaraz za zakrętem przy drzwiach na moją wieże, wspólna łazienka była zadbana i dysponowała ciepłą wodą.  

Usłyszałam pukanie do drzwi, więc bezwarunkowo się podniosłam. Mogłam postawić moją ulubioną spódnicę, że był to mój partner na misje. Wysoki brunet z loczkami i o szafirowych oczach, a wołałam na niego „bracie”. Było blisko południa, więc powinien przyjść dowiedzieć się co za zadanie dostałam od dziadka w imieniu nieobecnej ciotki.

- Nie uwierzysz, Auruś, co się stało na dole!  

Jednak nie był to mój brat. To była moja najlepsza przyjaciółka, Cassandra. Jak zawsze ubrana w jasną i luźną koszule i już brudne spodnie, zapewne od jazdy konnej. Jej upał nie przeszkadzał, tak jak mi. Powiem więcej: pasował jej taki klimat. Upał i wilgoć są omenem burzy, czyli pory, gdy Cassandra czuje się wolna i jest bardziej pobudliwa niż zwykle. Tradycyjnie musiała wnieść do mojego pokoju błoto. Nie żeby mi to przeszkadzało, sama nie byłam najschludniejsza, ale moja opiekunka miała z tym wielki problem. Wpuściłam ją do pokoju i zamknęłam za nią drzwi. Usiadła na moim łóżku i zaczęła opowiadać, zanim zdążyłam ją zapytać o zdarzenie.

- Wróciłam do akademii, odprowadziłam i nakarmiłam Kibirę i myślę spotkam się z Marsem przed obiadem, przy okazji wiesz, co dziś dają w stołówce?

Wszystko powiedziała na jednym wydechu. Dobra jest, pomyślałam.

- Rano przywieźli z targu mięso świni, więc stawiam na wieprzowinę. – odpowiedziałam na zbędne pytanie.

- Znowu ? – zasmuciła się. – Mniejsza, to na czym… A tak! Więc idę do niego do pokoju i widzę Ege.

Przewróciłam, odruchowo, oczami na dźwięk imienia. Nie znosiłyśmy się od pierwszego dnia, kiedy przyjechała do naszego zamku, gdy miałam dziewięć lat. Dziś, wiele dekat później, nawet nie pamiętałam o co chodziło.

- No, i co z Weźycą ? – zapytałam z obojętnością w głosie. – W końcu ktoś jej uciął ten jej żmijowaty język?

- Blisko. Był wsadzony do ust twojego brata.

Boom! Poczułam się jakby ktoś podciął mi żyły a zaraz po tym poraził mnie prądem. Mój przyrodni brat zawsze był kobieciarzem, ale żeby zadawać się z Ege? Owszem, była piękna, nawet ja to wiedziałam, ale nie wygląd jest najważniejszy.

- Nie moje zmartwienie – skłamałam. Martwiłam się i to bardzo. Był może i starszy, ale często zachowywał się jak dziecko, które potrzeba ciągnąć za rękę jak najdalej od kłopotów. – Niech robi, co chce – powiedziałam i położyłam na biurku książkę, którą cały czas miałam w ręku.  

- Na pewno? Twoja mina mówi coś innego. – Zauważyła to dość szybko. Od zawsze potrafiła przejrzeć mnie na wylot.

- Tak! – krzyknęłam. Zdziwiona drgnęła patrząc na mnie pytająco. – No tak, nie powinnam krzyczeć, wybacz.

- Boo..

Nagle, niespodziewanie uderzył piorun. Na szczęście daleko, z drugiej strony zamku. Może w pola uprawne, nie wiem, moje okno wychodzi na dziedziniec zamku.

Tak Cassandra mówiła wszystko gdy język milczał. Albo była rozgadana albo pyskata a w ostateczności błyskawiczna i piorunująca. Oczywiście wiedziała jak na mnie to działa.

Momentalnie przeszedł mnie dreszcz i pisnęłam jak poparzona. Nienawidziłam piorunów, grzmotów i elektryczności samej w sobie, przerażała mnie myśl o prądzie i kochałam to, ze zamek był pot tym względem zacofany, jedyne co w nim kochałam i będę kochać po wieki, nawet jako duch nawiedzający te mury w zemście za wszystkie NIE mojej opiekunki , cioci Izabelle.  Mimo mocy Cass i faktu, że zna moją chorą fobię, przyjaźniłam się z nią. Zamykała wielką piątkę i była ekscentryczna. Miała także wielkie poczucie humoru, choć w chwilach takich jak ta nienawidziłam jej.

- Jesteśmy kwita – powiedziała dumna. Zignorowała moje mordercze spojrzenie i przeszła do rzeczy – Co powiesz na herbatę ze mną i panami przewspaniałymi?  

- Brzmi ciekawie. Idź przodem, dogonię cię. – powiedziałam szybko jeszcze przerażona. Potrzebowałam dłuższej chwili by się uspokoić. Moje ręce drżały jakby to we mnie uderzył ten piorun.  

Cass zrozumiała i wyszła w podskokach. Wyjrzałam przez okno i spojrzałam na taras. Chłopaki już siedzieli z nogami na szklanym stole (że tez nie pękł pod ich ciężarami). Po pierwsze: kultura. Wzięłam głęboki wdech i obróciłam się na pięcie. Ruszyłam w stronę wyjścia, ale zanim, przejrzałam się w lustrze wiszącym na drzwiach. Spocona i pognieciona granatowa spódnica, guzik w koszuli się wyrwał i wystawał mi czarny, koronkowy stanik, czarne włosy powychodziły z uwiązania a na twarzy pojawiły się rumieńce od upału z zewnątrz.  Jak zawsze elegancka, pomyślałam ironicznie. Przejechałam dłońmi po spódniczce i postarałam się ją wygładzić. Coś wskórałam. W miejsce nieobecnego guzika wpięłam, leżącą na komodzie obok mnie, broszkę w kształcie teatralnej maski. Zdjęłam wstążkę z moich włosów i rzuciłam ją na stolik przy drzwiach. Nastroszyłam je trochę, może w ten sposób mogłam je uratować. Wyglądały lepiej, ale daleko im było do doskonałości. Gdyby tylko tę pojedyncze kosmyki się nie skręcały.  Włosy robiły mi na złość od kiedy je ścięłam na krótko. To było dawno temu, teraz zdążyły odrosnąć do ramion. Lubiłam swój wygląd, według taty byłam wykapaną Katariną Krukoczarną, miałam rysy twarzy i oczy mojej matki. Moja ciotka też często powtarzała, że wykapana ze mnie matka. Jednak tu chyba chodziło o fakt, że co chwila są ze mną problemy i za żadne skarby Sentopii nie da się mnie okiełznać, nawet zamykając w wieży.  

- Jak dla chłopaków, może być – powiedziałam wachlując się dłonią. – No tak…- było mi bardzo gorąco – Dla blondyneczki i cieniaska się poświecę – często ich tak przezywałam ze względu na cechy które ich wyróżniały. Gdyby napisać o nich książkę, byłaby znana w całej Sentopii. Nasi chłopcy byli wyjątkowi, choć naprawdę irytujący. Miałam jednak tę świadomość, ze bez nich mój świat okazałaby się nudny i bezwartościowy.

Jak słodko…

Wzięłam głęboki wdech i wyszłam z pokoju. Na szczycie wieży były dwie sypialnie – mój i mojej przyjaciółki z dzieciństwa – Kyandi. Dziewczyna rzadko zamykała drzwi, gdy tu była, więc teraz nie zdziwiło mnie, że były otwarte. Zanim poszłam na dziedziniec, postanowiłam zajrzeć i chociaż się przywitać. Dzień wcześniej wróciła z misji, dopiero miałam okazje się z nią przytulić. Przekroczyłam próg i weszłam. Ujrzałam ją leżącą brzuchem do dołu na łóżku. Nie słyszałam chrapania, wiec było oczywiste, że nie śpi. Podeszłam i uklęknęłam przy je twarzy. Odgarnęłam jej z twarzy blond kosmyki włosów mrucząc jak zleniwiały kot.

- Kochanie, otwórz oczka. – Zażartowałam. –  Pobudka i daj pyska.

- Zmiataj stąd, Aura – warknęła przed poduszkę. – Nie mam nastroju na twoje zabawy w rodzinkę, może potem, albo jak dojdzie do mnie fakt, że wróciłam do zamczyska – podniosła głowę tylko na chwilę by powiedzieć – I nie pisałam się na związek z tobą – po czym opuściła ją znowu na poduszkę. – Wylatuj stąd, albo zapali ci się grunt pod nogami…

Na stole stała szklanka z rumem. Cichutko podeszłam i wsadziłam dwa palce do alkoholu. Skupiłam się i energetycznym ruchem spojrzałam na dziewczynę. Ze szklanki wyleciał rumowy wąż, który zalał Kyandi kark.

- ZAMORDUJĘ!  – krzyknęła moja przyjaciółka. – Aura, na boginie Lilo, odbiło ci?! Już wolałabym twoją ślinę, szkoda rumu na takie numery!

- W przyszłości na ciebie napluje – powiedziałam i opadałam na jej łóżko. – Masz ochotę dołączyć do nas na dole? – Zaproponowałam – Trochę cię nie było i zdążyłam się stęsknić, skarbie.

- Raz: nie kręcą mnie lesbijskie gierki, może jak będę nieprzytomna, spróbuj. A po drugie : Nie mogę – rzekła wycierając pierwszym, lepszym ubraniem leżącym na podłodze. Tak Kyandi znaczyła ubrania do prania. – Izabelle ma dla mnie kolejne zadanie. Mam u niej być za godzinę.

Nie wiem, co było tu bardziej winne: pracoholizm Kyandi czy brak wyrozumiałość mojej ciotki. Jej zadaniem było przydzielanie nam zadań i misji, ale przez nią Kyandi była na skraju wytrzymałości. Mogła jej darować większość obowiązków i dać trochę mi. Choć kogo ja oszukuje ciocia Izabelle nie puści mnie na samodzielną misje, za dużo szkód bym wyrządziła. Woli mnie przygotować do zawodu kronikarza niż maga. Oba zawody były dla mnie idealne, więc chciałam w przyszłości wykonywać jednocześnie tak jak mój ojciec. Ciocia Izabelle jednak się boi, że nie jestem gotowa.

- Powiedz, że nie dasz rady czy znajdź inną wymówkę. – Zaproponowałam, by uchronić ją od kolejnej męczącej wyprawy, bogowie wiedzą gdzie.  – Nakłam, że coś złapałaś w…  

- Karnevalu? – przerwała mi – Tak, na pewno w stolicy stolic da się złapać jakieś choróbsko, ta czystość jest groźna. – bez sarkazmu dnia by nie wytrzymała, pomyślałam - Nie da rady, Aura. – powiedziała zarzucając swoje długie, blond włosy za siebie i siadając obok mnie. – Jestem numerem dwa, to moje obowiązki.

- Jedyneczka też je ma, ale jakoś nie lata na każdy jej rozkaz – burknęłam.

- Może dlatego, że Eugene ma za obowiązek pilnować swojej niesfornej i zbuntowanej przyrodniej siostry, co nie? Wdepnął i tylko mu współczuć, skarbie.

Musiała , ach, musiała, mi dogryźć. Tak, to prawda, mój brat , numer jeden w naszej hierarchii sił magicznych, musiał się mną ciągle opiekować. Musiałam z nim jeździć na prawie każdą misje. Mi przydzielano ich mało, wiedza przecież, co mogę zrobić i się tego obawiają. Dlatego moja przerośnięta i umięśniona niania ma za obowiązek pilnować mnie na każdej misji, czy to jemu czy mi jest przydzielana. Nie narzekam, uwielbiam towarzystwo mojego brata. Lecz przychodzi moment ( pewien wiek, czyli pełnoletniość), gdy chcesz w końcu się usamodzielnić.  Nie pozwolą ci, bo przecież jesteś chodzącą eksplozją. O ironio, dwa dni później usłyszysz „czemu nie jesteś samodzielna, Aurelio”.

Wstałam i podeszłam do starej drewnianej komody, którą Kyandi miała zamiast szafy. Leżała na niej kartka z wyznaczonym zadaniem. Wyczytałam, że czeka ją wycieczka do Laguny syren. Farciara, pomyślałam. Zawsze chciałam tam popłynąć a tu moja przyjaciółka ma taką okazje. To nie zmieniało faktu, że może płynąć tam jutro, pomyślałam, ale mogłam to w sumie powiedzieć na głos.

- Czyli… nie masz ochoty spotkać się z chłopakami i Cass, prawda? – Ciągnęłam temat zignorowania wszystkiego i spędzenia z nami czasu.

- Niestety – powiedziała smutnym głosem jakby zaraz miała się rozpłakać. Jakbym nie wiedziała, że gra mi na uczuciach, to bym się wzruszyła jej smutną miną szczenięcia.

- Skoro tak – brzmiało to jak „nie kochanie, nie jestem zła, że ją całowałeś” – nie ma już co z tobą się wykłócać. -  Wstałam i poprawiłam (znowu) pogniecioną spódnicę. Zwróciłam się ku drzwiom, ale nagle zatrzymała mnie dłoń Kyandi. – Co się stało?

- Nic… - powiedziała zniżonym głosem. – Ale zanim znowu was opuszczę…

- Tak…?

- Czy to prawda …  - zawahała się - to z Eugnem?

No tak. Przecież Kyandi od lat podkochiwała się w moim braciszku. A wiadomość, że obściskiwała się z Ege była dla niej równie dołująca, co dla mnie. Nie wiedziałam co jej odpowiedzieć. Nawet skłamać nie mogłam, szybko by wyczuła fałsz.

- Cass powiedziała mi to kilka chwil temu…

- Wiem słyszałam – rzekła – dlatego pytam. Jej pitolenia ciężko uniknąć, ma zbyt donośny głos.

- Ale nie widziałam tego na własne oczy, więc nic ci nie powiem. – pocieszyłam ją swoim piskliwym głosem. Ten głos przybierałam w chwilach pocieszenia, zirytowania ciotki i gdy trzeba być kulturalnym i przesłodkim. Większość się z niego śmiała, ale dzięki temu specjalnemu tonowi zbędne towarzystwo i kłopoty mnie unikają.

Kyandi puściła moją dłoń. Wzięła głęboki wdech i uśmiechnęła się do mnie. Chyba był to dziś pierwszy raz. Aż zdążyłam zapomnieć, jaki ma słodki uśmiech. Uwielbiałam go ponad wszystko. Miała tyle samo lat co ja, a gdy się uśmiechała wyglądała jak małe dziecko obdarowane słodyczami.

- No dobra, mniejsza, idź już. – Szybciej od niej w tej chwili potrafiłaby wydukać to tylko Cassandra.

- To idę. – Powiedziałam kierując się tyłem do drzwi. – A i jedno ci powiem, jeśli chodzi o mojego braciszka od siedmiu majteczek. – Kyandi patrzyła na mnie pytająco. Nie wiem czy przyczyną było moje dziwne przekręcenie ludzkiego powiedzonka, używanego nawet tutaj, czy liczyła na miłe pocieszne słowo. – Kyandi Mirabelle, jeśli miałabym obstawiać swoją przyszłą szwagierkę, byłabyś nią bez dwóch zdań.

Jej uciecha na twarzy była bezcenna. Ukłoniłam się i obróciłam na pięcie. Wyszłam tanecznym krokiem, krzycząc na pożegnanie „chce pamiątkę z Laguny”. Zeskakiwałam ze schodów po dwa na krok. Była to najwyższa wieża w zamku, ale dla kogoś, kto mieszkał w niej od dziesięciolecia, to było jak skakanie na skakance. Skoki się skończyły i stałam przed drewnianymi drzwiami. Otworzyłam je i wyszłam do ludzi. Zamiast biec na dziedziniec, stanęłam na chwilę przed oknem, przy wejściu na wieżę. To było trzecie piętro i widok rozciągał się na pole i jezioro za zamkiem. Był okres letni a dzieciaki zamroziły wodę i jeździły na łyżwach. Zabawne, też tak robiłam, gdy byłam młodsza. Był to miły widok. Dzieci były dla mnie symbolem niewinności i niewiedzy. Żadne z nich nie mogło się wmieszać w walki, w których my bierzemy bez przerwy udział. O przepraszam, w jakich inni biorą udział. Ja jestem pieskiem na smyczy, który nigdy się z niej nie zerwie.

Już, wystarczy tego użalania się nad sobą.

Ruszyłam przed siebie do najbliższych schodów.  Minęłam się na nich z kilkoma znajomymi i byłymi koleżankami z klasy. W końcu to miejsce to przede wszystkim ośrodek szkoleniowy, lokum mieszkalnym dla magów jest na drugim miejscu. każdy witał mnie z uśmiechem na twarzy, tak jednak sztucznym, że plastikowe drzewa nabierają naturalizmu. Ludzie za mną nie przepadali. Jednak z wzajemnością. Byłam za czasów szkolnych jedna z lepszych uczennic, jedną z ładniejszych i jedną z ulubienic nauczycieli. Wszyscy myśleli, iż to zasługa rodziny, nie moja. Mówili, że to dzięki pozycji w Sentopii mojej Cioci, nie tego, że się starałam. Nawet teraz, chodzimy plotki, że najsilniejsze grono magów mnie chroni, podczas gdy ja jestem słaba i nic nigdy nie osiągnę. Mówią, że żeruje na Eugenie i innych magach z wielkiej dziesiątki, albo że jestem jego ukrytą kochanką. Jednak nie zwracam na to uwagi. Oni tak jak reszta przeminą i znikną ,zanim się obejrzę, z mojego życia. Miałam ich w głębokim poważaniu i każde ich słowo przelatywało obok mnie niczym motyl. Delikatnie muskało ucho, tak delikatnie, ze nawet go nie poczułam. Jedyne co się liczyło, to moi najbliżsi – ci którzy nigdy mnie nie zawiedli i byli tu od zawsze.

Gdy byłam już przy wejściu na dziedziniec uderzyła mnie fala ciepła. Moja wieża jest wewnętrznie chłodzona, dzięki specjalnej magii, ale tu zawsze było nie tylko ciepło a wręcz gorąco.  Niespodziewanie poczułam , że ktoś złapał mnie od tylu. Nie widziałam osobnika, ale dotykał mnie wzdłuż ciała i łaskotał. Śmiałam się do rozpuku. Jakaś sylwetka uczepiła się mojego cienia i wtedy się zorientowałam o co chodzi. Kilka razy kopnęłam dodatkowy cien który pisnął z bólu po czym przybrał ludzką formę, przystojną formę. Złapał mnie w objęcia i powiedział :  

- Aura maleńka, witaj.

Przywitał mnie ciepły głos Marsa. Był magiem cienia, ale nie należał do mrocznych i ponurych władających. Był najbardziej optymistycznym mężczyzną jakiego znałam. Podczas misji patrzył na walkę, jeśli była konieczna, jak na zabawę. Traktował wroga tak jak mnie chwilę temu – wykańczał ich śmiechem i najbardziej przyjemnymi sposobami na honorową przegraną. Mars był niczym odbicie lustrzane innych magów z Darniny, jakich znałam. Różnił się nawet wyglądem: zamiast mieć ciemne włosy i bladą, niczym u nieboszczyka, karnacje, był poczciwym wesołym, rudzielcem o opalonej cerze, choć tutaj każdy był opalony , ze względu na ciepły klimat. Znajdowaliśmy się w centrum Sentopii więc słońca mieliśmy pod dostatkiem. Co z tego, i tak wiecznie przesiadywałam w wieży z zasłoniętymi zasłonami..    

Wtuliłam się w jego umięśnioną klatkę piersiową i poczułam jego zapach. Pachniał mrozem i śniegiem. Zrobiło mi się na chwilę zimno. Wyciągnęłam dłoń ku jego włosom i poczochrałam je. Nie mogłam im i tak zaszkodzić, jak zawsze były w nieładzie. Mag odepchnął mnie i zaczął łaskotać. Wredny, wiedział jak delikatna jestem, łatwo można było wywołać u mnie łaskotki i śmiech.

- Dobrze, dobrze, wystarczy! – Krzyknęłam na znak, że się poddaje.

Mars przestał mnie torturować i objął pod ramieniem. Podprowadził do stolika gdzie siedziała Cassandra i drugi mężczyzna w naszym gronie – Alzack. Zaraz po Eugene’ie był prawdopodobnie drugim najprzystojniejszym idolem na naszym zamku. Miał długie blond włosy, związane w kucyk, jak każdy tutaj, był opalony a jego błękitne oczy były czyste jak ocean. Chłopak podszedł do mnie i przytulił mnie. On nie miał w zwyczaju znęcać się nad moim podminowanym ciałem i po prostu mnie objął. Znałam go od dziecka, prawie tak długo jak Kyandi. Uwielbiałam go a on nie ukrywał nigdy, że jest we mnie zakochany. Jednak nie umiała odwzajemnić uczuć, był dla mnie jak brat. Tylko jak brat. Po za tym nie umiem kochać. Nigdy nie kochałam i pewnie jeszcze długo nie pokocham.

Jednak Alzack , tak jak mój brat, miał więcej wad niż zalet. Co z tego, że początkowo wydawał się zawsze księciem z bajki o niezwykłej urodzie. Nie był księciem, przynajmniej nie z mojej bajki. Alzack jest niestabilny nerwowo. Co chwila zmieniają mu Sue chumory, łatwo go zdenerwować, wzruszyć, raz był zimny to znowu kochany a czasem potrafił zrobić komuś krzywdę  z błahego powodu, a zdarzyło się raz, że uderzył mnie i bez powodu, po prostu się przywitałam a on mnie spoliczkował. Jednak to jest coś czego nie zmienię, to siedzi w jego umyśle, po za tym jest pod opieką tutejszego lekarza – męża mojej ciotki, Kein’a. Zawsze przed misją idzie do niego na badania, terapie , nie wiem jak to nazwać, tak szczerze. Jednak po trzydziestu latach widzę, że mu to pomaga, przynajmniej już nie jest tak agresywny jak kiedyś.  

Teraz był tym dobrym i kochanym Alzackiem za którym ciągnął się sznureczek wiernych fanek. Na moje szczęście teraz nikt go nie zaczepiał, był nasz.

- Dobra panowie, potem ją wycałujecie i wtulicie – wtrąciła się w nasz moment Cassandra, która jak zauważyłam poczuła się przez nich zignorowana. – Herbata wam stygnie.

Myślałam, że Cassandra najpierw się przebierze, jednak dalej miała na sobie brudne ubrania do jazdy konnej. Nie była typem czyścioszka czy to ja miałam za obowiązek zaczepić o temat estetyki

Alzack poczochrał moje biedne włosy i podprowadził mnie do okrągłego, szklanego stolika. Usiadłam pomiędzy nim a Cassandrą. Naprzeciwko mnie siedział Mars.  Przyjaciółka podała mi filiżankę z nalaną zieloną herbatą. Wzięłam większy łyk i zwróciłam się do męskiej części naszego towarzystwa:

- To gdzie tym razem was wywiało, panowie.

- Na pustynie – burknął Alzack chwytając za ciastko z orzechami, które Cass przywiozła nam w prezencie z Zunaru.

- Piaskowy stwór straszący mieszkańców oaz – wtrącił Mars – Bla bla bla, I skończyło się na tym, że i tak nam nie zapłacili.

- Nie chcieli? – zapytałam.

- Nie mieli z czego – poprawił Alzack. – Stracili wszystko. Spędziliśmy trzy dni na pustyni pomagając im uporządkować ich izby. Domem tego nazwać nie można. – Jego głos się zmienił. Wyraźnie słyszałam współczucie. – A zanim się nie pozbyliśmy tej chodzącej piaskownicy, nabawiliśmy się przepuklin i siniaków, które będziemy chłodzić tygodniami.

- Biedni chłopcy – powiedziałam melodyjnym głosem.

- Nie śmiej się, stworku, za chuda jesteś w uszach na nasza dwójkę. – Odrzekł Mars.

Chciałam oblać go herbatą, uderzyć czy po prostu posłać do lecznicy, ale miał racje. Między mną, ósemką a nimi, czyli trójką i czwórką była wielka różnica. Byli dumą instytutu, a ja jego więźniem. Nie miałam większej szansy by się rozwinąć, moje zadania ograniczały się do pracy posłańca.  

- Nie to mieliście jej powiedzieć, chłopaki. – Odezwała się Cassandra. – Pokarzcie jej zwoje, tylko szybko bo herbata stygnie.  

- No tak – Alzack przeżuł ciastko i otrzepał dłonie z okruszków. Chwycił za stojącą pod jego siedzeniem skórzaną torbę i wyjął zwój informacyjny z Hinary. Podał mi go i powiedział – Poczytaj, to ciekawe.

Postawiłam filiżankę z herbata i wzięłam do ręki papier. Rozwinęłam go i zaczęłam czytać w myślach :

Niezliczone ataki grupy LALKARZY okazał się być zbytnim zagrodzeniem dla pustynnych terenów Hinary. Królowa wyspy – Kora – zarządziła dekret, iż należy odizolować dla bezpieczeństwa pozostałych wysp Sentopii. Każdy, kto tylko czuje potrzebę ucieczki z wyspy ma prawo wypłynąć. W portach będą czekały promy na pozostałe sześć wysp, które nie będą kosztowały ani grama złota.  Z przyjściem okresu deszczowego, po 88 zachodzie słońca, porty zostaną zamknięte dla każdego. Wyspa oficjalnie zostanie odizolowana od reszty świata. Wszelcy magowie znajdujący się na wyspie mają nakaz eksmisji z terenów wyspy do końca okresu deszczowego. Przybywający będą dokładnie sprawdzani i legitymowani.

- Izolują Hinarę? – Zdziwiłam się. – A po co? Jeśli to coś da, pomaluje się na siwo.

- W porcie dokonali dokładnej identyfikacji osobowej. – rzekł Mars. – Chcą przypilnować by te wyrzutki zostały na wyspie. Dlatego izolują wyspę. Jakby to coś dało – burknął. – Te dziwadła są wszędzie i robią co im się żywnie podoba. Co jeśli to ktoś z nas i gra Izzy na nosie? – zasugerował. Nie przeczę, od pierwszej wzmianki w mediach o Lalkarzach podejrzewałam przebywanie w naszym instytucie szpiegów i zdrajców. Jednak ciocia Izabelle zagwarantowała nam, że dokładnie i dyskretnie zadbała o to by żaden z naszych magów i uczniów nie okazał się lalkarzem. Jednak dalej nie mogę jej uwierzyć.    

- A co jeśli mają swoich ludzi nawet u władz wysp? – zapytała Cassandra. – Może dlatego wszędzie dają rade się wślizgnąć, bo mają po za tymi czerwonymi ślepiami immunitet.  

- Możliwe, ale wtedy zdradzasz swoją rodzinę,  serio  jesteś na to gotowa, Cass? – zapytał się jej Mars. – Jeżeli okaże się to prawdą odwrócisz się od królowej Zunaru?

Cassandra nic nie powiedziała, tylko spuściła głowę.


- Widzisz. – Kontynuował mag cienia. – Wiecie, gdyby nie pieczęć ośrodka, wzięliby nas za jednych z nich. – Patrzyłam na niego pytająco a on od razu dopełnił temat – Hinara słynie z czystości ziemi i krwi. Nikt się tam nie rodzi magiem, czarodziejem, nawet ten potwór z piasku był nienaturalnym zjawiskiem. Tylko świat ludzi ma mniejszy kontakt z magią.

- Mieliście przecież dokumenty od zleceniodawcy. – powiedziałam.

- I to jest najlepsze, Aura – wtrącił Alzack – Nikt tego nie potwierdził.

Zamarłam. Tydzień temu przyszło zgłoszenie z prośbą o pomoc. Był na nim cel, miejsce, pieczęć i podpis zleceniodawcy. Moja ciotka, która sprawuje pieczę nad przydzielaniem i odrzucaniem zleceń, potwierdziła, jak zawsze, autentyczność.   Nie raz już przychodziły do nas zlecenia fałszywe, podesłane dla żartów. Izabelle wie jak poznać autentyczność i zawsze dzięki mistycznej kuli widziadła, jest pewna autentyczności zlecania.

- Jak to możliwe? – Zapytałam.

- Tak, że ktoś nas wrobił – podsumował ludzką gwarą Alzack.

- Mówiliście o tym Izabelle?        

- Ja mówiłam – Cassandra miała pełne usta, ale i tak ją zrozumiałam. – Skutek: wysyła tam mnie. Jednak nie śpieszę się z tym, ciasteczka same się nie zjedzą a konik sam nie wypielęgnuje.  

- A nas wykopała z Kyandi do Laguny. – Odparł Mars odchylając głowę do góry ku słońcu. – I to dzisiaj, uroczo! – Wyglądał jakby za brak wolnego czasu obwiniał słońce. Zabrał powietrza i wypuścił z ust czarny dym powietrza. Udało mu się nawet puścić kilka kółek.  

Syreny są zagubionymi duszami, najlepszymi do kontroli przez lalkarzy. Do tego są zniewalająco pięknie i kuszące. To było najlepsze wyjście by zawczasu z nimi się skontaktować. Jak mogłam nie wpaść na to, iż to po to moja przyjaciółka płynie na laguny syren. Jednak nie wiem po co wysyłają tam chłopaków. Syreny nienawidzą mężczyzn , a zwłaszcza tak przystojnych jak Mars i Alzack. Z nimi na statku wody wokół wyspy nie będą sprzyjać, brońcie bogowie, by nie rozbili się w pobliżu Lodownika.

- Czyli zostaje sama na kilka dni, miło - podsumowałam unosząc do góry filiżankę.

- A misja? – zapytał Alzack.

- O… własnie – przypomniałam sobie o czymś ważnym. – Nie jest dobrze – powiedziałam drżącym głosem.

- Co jest Aura? – zdziwiła się Cass.

- Zapomniałam powiedzieć o misji, ale Eugene’a.

- Musi być szczęśliwy – odrzekła Cassandra.

- Różnie dobrze mogłabym jechać sama, co mi tam. To tylko mała paczuszka, nic więcej.

- Nie próbuj tego, Auruś, twoja ciotka nie daruje ci tego. – powiedział Alzack  jedząc ciasto z czekoladą. – Dobrze wiesz, że nie puści cię samej na nawet tak nieznaczącą misje, jak robota dostawcy pierdółek.

- Zatkaj cię ciastkiem – warknęłam i sama chwyciłam za jedno. – To tak wiele, że chce trochę swobody?

- Tak – powiedzieli, zgodnym tonem, wszyscy troje.

Zmarszczyłam czoło i pokazałam im język, jak na dojrzałego człowieka przystało.

- Posłuchaj Aura – rzekł Alzack. – Niezależnie  od tego co myślisz, jesteś jedyną dziedziczką zamku i instytutu. Twoim zadaniem jest nauka i etykieta i inne tego typu pierdoły. – pięknie podsumował. – Jesteś rodziną szlachecka i to wam podlega wyspa. Naucz się w koncu, że to nie twoim zadaniem jest brać udziału w zleceniach, tylko nasza. Nawet jeśli masz przydzielony numer.

- Alzack, zamknij się w końcu ! – powiedziała wkurzona Casaandra. – Zaraz serio zacznie w to wierzyć. Po za tym, co? Ty niby masz inne przywileje, kwiatuszku?! – jak zawsze mówiła za szybko, ale daliśmy rade ją zrozumieć. Zwłaszcza Alzack, który na słowo „kwiatuszku” zmarszczył zabawnie czoło w literę V. zaśmiałam się, ale gdy zobaczyłam jak morduje mnie tą Vielką nienawiścią w oczach, przybrałam poważną minę i chwyciłam ciasteczko.    

Nie dało umknąć niczyjej uwadze, że Alzack naprawdę miał hipnotyczny głos. Może po prostu charyzmatyczny, lecz jak na przyszłego księcia przystało, jego głos działał na każdego. Tak, Alzack był księciem. Był następcą tronu  Orhidii, czyli krainy pięknej. Stąd jego nieskazitelna uroda. Także był jedynym dziedzicem i tak jak w moim przypadku miał byś obrońcą i najwyższym autorytetem na wyspie. Nasze przyszłe obowiązki wyglądały tak samo, po za faktem, że ja dziedziczę także akademię. Jednak nie przejmowałam się tym, nie było warto. Cassandra popierała moje zdanie. Nie chciała widzieć mnie ubranej w tradycyjne stroje Lilo i nadmuchanej jak balon niczym moja ciotka. Przyjaciółka wspierała mnie jak tylko mogła i życzyła mi by Izabelle dochrapała się dziecka, które by było kolejnym z dziedziców. Jednak nie dogadywała się z mężem i planowali się rozstać czym prędzej. Szczęśliwy chłop, przynajmniej on się od niej uwolni.  

- Po za tym – Cassandra kontynuowała – daleka droga do dziedzictwa, teraz lepiej by żyła. Cholerna Izzy jej nie pozwala rozwinąć skrzydeł.

- Mówiłam już, że cię kocham, przyjaciółko? – powiedziała ciepłym głosem i aż miałam ochotę rzucić się jej na szyje, szkoda, że miała gorąca herbatę w dłoni.

- Ale to prawda – wtrącił Mars. – Jesteś świetnym magiem, masz niespotykaną od dawna moc, jesteś tajna bronią Instytutu. Szkoda, ze traktują cię jak lalkę.

- Chwile temu popieraliście blondyneczkę w tym, że nie nadaje się do samodzielnych robót, kochani. – przerwałam im przesładzanie mi. – Dwulicowcy, tylko by się podlizać. – chwyciłam za porcelanowy talerz z ciastkami i powiedziałam – Za lizusostwo, rekwiruje je!  

- Jedz sobie, i tak masz wielki tyłek jak na ciebie, i tak wiele to nie zmieni – powiedział Alzack. Kochałam to jak ze słodkiego i uroczego księcia zmieniał się w zimą i nadmuchaną księżniczkę w za ciasnym gorsecie (Jeśli czyta to jakaś księżniczka, to przepraszam).

- Siła, siłą, ale masz charakter i temperament rozwścieczonego wilka. Lepiej z tobą nie zadzierać bo z tobą jako wrogiem można zginąć przez wykałaczkę. Lepiej byś albo chodziła z obstawą albo siedziała w wieży i oczekiwała księcia, a im prędzej przyjdzie tym lepiej. - Szczerość Cass jak zawsze była piorunująca.

- Nie inaczej – dodał Mars. – Możliwości ci hamują, ale nawet twoja matka dawniej chodziła z wierną świtą, wiem od ojca, że wcale nie chodziło o siłę, a bardziej o ochronę i … - przełkną ślinę – żądny krwi temperament.

- Jak na Katarine Krukoczarną przystało. – powiedziałam śpiewnym tonem i uniosłam filiżankę z herbatą.

To bardzo znany fakt, moja matka była dzika, rozwścieczona bestia, smok czy nawet sam diabeł (a no tak, tu też występują rogate stworki z kolczastymi ogonami) by jej nie dorównał. Tytuł krukoczarnej symbolizował omena bolesnej śmierci. Moja matka zasłużyła sobie na niego dzięki krwawemu stylowi walki i bezdusznemu sercu mordercy. Nie była zwykłym magiem, jak my, od brudnej roboty i zleceń za słabą płacę. Była płatnym zabójcą. Słyszałam liczne plotki o mamie, jak te, że torturowała swoje ofiary i nigdy nie cackała się z przeciwnikiem. Ciotka nie raz podkreślała, że lepszy był z niej zabójca, niż dama i dlatego ona objęła władzę na wyspie. Sama jednak słyszałam nie raz od samej Katariny, żeby bez sentymentów obchodzić się z przeciwnikiem, póki oddycha. Dziwny był z niej wychowawca, ale kochałam ją mimo wszystko. Mimo złej reputacji, szybko stała się legendą i wzorem wojownika oraz postępowego maga. Nie zapominając o tym ile zarabiała, mała Aurelia miała każdą zabawkę jaką chciała. No, może do czasu wojny z przed czterdziestu lat.

Słuchając Cassandry i Marsa zawsze miałam wrażenie, że działają jak jestem organizm. Byli tak zgrani jak nikt kogo znałam. Często przyłapywałam ich na ukradkowych spojrzeniach. Rozumieli się bez słów i lgnęli do siebie od lat. Czemu więc nie powiedzą sobie co czują? Na co czekają od tylu lat, nie wiem. Nigdy nie rozumiałam miłości i chyba nie zrozumiem.

Czas mijał a my nic nie zamierzaliśmy robić. Siedzieliśmy przy herbatce jeszcze jakiś czas. Rozmawialiśmy o niczym konkretnym. Zwykła gadka o rzeczach mało istotnych. W koncu jednak zniecierpliwiony Alzack podniósł się z krzesła i poprawiając jedwabną koszule, taką jaką nosił tu każdy, powiedział :
 
- Słodko mówicie, ale chyba nie miejsce i czas o tym gadać. Zaraz wybuchnie wojna pomiędzy lalkarzami a imperium Sentopii a my spokojnie pojemy herbatkę i słodzimy dzień patykowatemu twórcy z wielkim tyłkiem , który i tak ma troszkę tej pracy, co nie?

- Tak w twoim języku wyznaje się miłość, zapomniałam – powiedziałam cynicznym tonem. – Po za tym jak duży Tylek to chyba nie jestem patykiem, nie?  

- Jesteś ! – powiedział komicznym głosem – Nie masz biustu, jesteś patykiem.

- Czy ty masz rozdwojenie jaźni? Często się zastanawiam jak ty to robisz, ze oniemiasz twarz od tak, zboczona blondyneczko.

- W przeciwieństwie do ciebie, dziecinko, mam osobowość.

- A ja talent, Twister.

Alzack chwycił za ciastko i cmoknąl na pożegnanie. Zaraz za nim wyszedl i Mars, który zanim wtał przeprosił mnie za przyjaciela. Po co, i tak wole tę wersje księcia niż tę przesłodzoną żyjącą swoją sławą.    

Nic już nie mówiłam. Skończyłam czekoladowe ciastko i wstałam od stołu. Zaraz po mnie wstała i Casaandra. Mięliśmy do wykonania pracę a obijaliśmy się. Typowe.

Ja jednak zanim zabrałabym się za przygotowania do wyjazdu, postanowiłam odwiedzić dziadka. Jego gabinet znajdował się na parterze we wschodnim skrzydle. Wizyta zajęłaby mi chwilkę a potem poinformowałabym przyrodniego brata, że mamy do załatwienia zakupy w imieniu cioci Izabelle. Szybciej bym dotarła do pomieszczenia gdybym przeszła bały dziedziniec i bibliotekę, to przecież zaraz obok. Ja jednak wróciłam do zamku frontowymi drzwiami. Może i miałam na około, jednak zaraz po wejściu do budynku poczułam jak przyjemny jest chłodek. Ciocia rzuciła na zamek zaklęcie obniżające temperaturę w zamku, im wyżej tym była niższa. To był najlepszy z plusów mieszkania w najwyższej wieży, nie narzekałyśmy z Kyandi. Z przyjściem zimniejszych dni zaklęcie było rzucane jeszcze raz w odwrotnej sekwencji, tak by ocieplało zamek.
Rozdzial I 1/2
to moja pierwsza książka którą zdecydowałam się napisać tak na serio, bez żadnych wąchań. jednak zanim to nastąpi, chcę poznać opinie i zasięgnąć pomocy u innych.
mam wielki problem z interpunkcją i czasem z językiem. jeśli ktoś coś zobaczy, lub  ma jakieś uwagi, niech mi powie, będę szczęśliwa widząc, że ktoś chce mi pomóc. 

Trzymajcie za mnie kciuki, może pewnego dnia, to co tu opisuje zobaczy sklepy empiku ^_^
Loading...
Prolog.

Sentopia, czyli świat ze snów. Wy ludzie pewnie nazwalibyście ją Nibylandią, jednak to nie tak. Wszelkie stworzenia, mity, baśnie, nadzieje i koszmary pochodzą stąd. Jeżeli chcesz zobaczyć pegaza, smoka czy jedzącego kości ludzi ogra (nie wiem skąd ten stereotyp, znam wiele ogrów i są niezwykle mili) to zapraszam tutaj.
Naprawdę myślicie, że to wszystko to puste bajki i mity a te wszystkie stworzenia nie istnieją? Głuptasy, chyba nie wiecie, co mówicie.
Kilka portali i otwartych okienek na wasz świat i dziwadła od nas odwiedziły wasz świat. Dziękujcie nam, to nasza zasługa (a raczej naszych pomyłek i nieuwagi obserwatorów w tym pewnie i mojego dziadka). Dzięki temu wasz świat poznał wiele innych i zaskakujących istot.. Osobiście sama z wielką chęcią cym się tam wybrała, ale cóż, moja rodzinka trzyma mnie na smyczy.  
Tu życie to bajka, choć to zależy od tego, na której z siedmiu wysp mieszkasz. Czy jest to kwiecista Orhidia, z niej pochodzą delikatne i piękne kwiaty Orchidee, które nawet w świecie ludzi są znane, mroczna Darkina, gorąca pustynia Hinary, mokra laguna syren, rozwinięty lepiej niż jakiekolwiek ludzkie państwo, Zunar, mroźny, północny ląd, albo jak kto woli Lodownik (nie wiem kto wymyślił tę nazwę, chyba jakiś analfabeta) czy mój dom i centrum szkolenia magów Lilo. położenie wysp jest proste – Orhidia i Pustynia Hinary na zachodzie my z Lilo w środeczku a pod nami Darkina, na wschodzie  Laguna i Zunar a na samej górze Lodownik. Ale nie, nie, nie, to nie typowy świat z dawno, dawno temu, w życiu! Tu nie ma bufiastych sukni, książąt na białych rumakach i szklanych pantofelków (na samą myśl boli mnie stopa) to życie jest prawdziwe. Nie piszemy bajek z „żyli długo i szczęśliwie ” na końcu. Chyba,  że ktoś chce, nie zabronię mu przecież.
Nie narzekam, urodziłam się w świecie pełnym magii , mam rzadką moc, którą mogę się chwalić, ale  to nikogo to nie obchodzi , chociaż dorastałam w domu samych legend : obserwator Knot, choć ja częściej mówię do niego „dziadku”; moja, świętej pamięci matka, Katarina, która była najlepszą wojowniczką w tym stuleciu i mój ojciec „Kronikarz” Aiden. Dla tych co nie wiedzą kim byli to powtórzę : Legendami. Oczywiście lata zrobiły swoje i nadeszło nowe pokolenie – moje. I jako córka kronikarza postanowiłam zacząć opowiadać jak zmieniamy świat. Czy na lepsze nie wiem, ale powiem tylko tyle - nie oczekujcie romantycznej opowieści o zagubionej dziewczynce, co spotyka idealnego chłopca i dla niego jest gotowa poświęcić wszystko a na końcu i tak nikt z nikim nie robi… Tego. Nie będzie to też dramatyczna historia o poświęceniu czy przemianach wewnętrznych. Czytałam wiele książek ludzi i może już ktoś kiedyś napisał coś takiego, ale dla mnie te wydarzenia są warte opisania. Chyba nawet podrzucę to komuś w świecie ludzi, to by było ciekawe. Dla nich to będzie jedna z miliona i może nawet się spodoba, ale dla mnie to cos więcej niż zapisane strony. Przelałam na papier moje wspomnienia, okres, który zmienił nie tylko mnie, ale i każdego, kto się zbliżył do mnie przez ten czas. Każdy z nas musiał coś poświęcić by dziś tu być ze mną.  
Nasza bajka zaczyna się od kawałka szkła i kończy się … w sumie tutaj. Ale cofnijmy się do początku. Usiądźcie wygodnie, weźcie jabłuszko czy może wolicie herbatkę, oczekujcie wiele a ja opowiem wam jak oszalałam.
Shuhei by komonahi
Shuhei
 I Tried ;-;
But this jacket... and sweater ... I'm moron ;-;

inspirated by this : feltbeats.com/wp-content/uploa…

I'll try be better
Loading...

deviantID

komonahi
Setsuna Aizen - Jeagerjaques
Artist | Hobbyist | Traditional Art
Poland
Hi there. I'm the.... a walić to.
Polska gola (i co jeszcze)
uwielbiam Bleach i jeszcze wiele innych wielkich dzieł ale żadne nie równa się z Bleach'em. Ku chwale Tite Kubo.
Moim natchnieniem i Idolem poza Tite jest Skye Sweetnam (jeśli wiesz o kim mowie) i Sid Vicious
Moje hobby to rysowanie i pisanie. Niezła amatorka ale będzie lepiej.... oby



"We're only human
Seperated by our thoughts
So hang on to them
or you'll find you might get caught
Caught up in the ... "

Journal

No journal entries yet.

AdCast - Ads from the Community

×

Friends

Groups

Comments


Add a Comment:
 
:iconkala-k:
kala-k Featured By Owner May 27, 2014  Hobbyist Digital Artist
Thanks for the watch! <3 here you go a llama! <3
Reply
:iconkomonahi:
komonahi Featured By Owner May 29, 2014  Hobbyist Traditional Artist
Awwww <3 You're welcome and thank you too :*
Reply
:iconsantu-fer:
Santu-Fer Featured By Owner Mar 15, 2014  Hobbyist Digital Artist
THX for watch :D
Reply
:iconkomonahi:
komonahi Featured By Owner Mar 19, 2014  Hobbyist Traditional Artist
you're very welcome. i really like your Oc <3
Reply
:iconultimatesculpture:
UltimateSculpture Featured By Owner Nov 16, 2013  Hobbyist General Artist
Reply
:iconkomonahi:
komonahi Featured By Owner Nov 17, 2013  Hobbyist Traditional Artist
Of course, thank you for invited me :*
Reply
:iconaqualeo:
AquaLeo Featured By Owner Oct 16, 2013
thank you so much for the watch
Reply
:iconkomonahi:
komonahi Featured By Owner Oct 19, 2013  Hobbyist Traditional Artist
You're very welcome :*
Reply
:icondragon-flame13:
Dragon-flame13 Featured By Owner Oct 9, 2013   Artisan Crafter
Thanks for the fave!
Reply
:iconkomonahi:
komonahi Featured By Owner Oct 15, 2013  Hobbyist Traditional Artist
You're very welcome :*
Reply
Add a Comment: